Dzieci do szkoły, rodzice do dzieła – czyli szczęśliwego Nowego Roku!

No i po wakacjach. Nie wiadomo kiedy, a już dzieci  idą do szkoły, a rodzice oddychają z ulgą. Facebook pełen memów, jak to rodzicie krzyczą z radości, że pozbyli się dzieci. Czy aby na pewno to taki szczęśliwy, dla nas rodziców moment? 

Rzeczywiście przez pół dnia mamy dzieci zorganizowane i możemy być spokojni, że sobie nic nie zrobią (chyba) w tym czasie. Ale później? Organizowanie opieki po lekcjach, proszenie babci, sąsiadki, kogokolwiek, by zajęło się dziecięciem, gdy my gonimy za środkami na – zajęcia dodatkowe. O tak, koniecznie trzeba dziecku zapewnić zajęcia dodatkowe. Dodatkowy angielski, hiszpański, lekcje plastyki. Pianino – koniecznie.  Aha, jeszcze szachy, niech się pociecha umysłowo rozwija. Hmm, ale ruchu brakuje to może tańce, judo albo basen? A niech będzie judo i basen.

I organizujemy. Szukamy najlepszej szkoły językowej, ciekawych zajęć plastycznych (słyszałam, że w naszym domu kultury są dobre), pani od pianina i trenera judo i czystego basenu. Boziu, ile to kosztuje! Ale trudno nie odmówimy dziecku rozwoju. Niech ma lepszą przyszłość! Po tygodniu, czy dwóch plan się zaczyna układać: angielski w poniedziałek, hiszpański we wtorek, w środę plastyka, w czwartek tańce, w piątek judo… A gdzie szachy? Szachy  i basen? Zabrakło tygodnia… Ok, to szachy się wciśnie przed judo, a basen po pianinie. Zorganizowane!

Jesteśmy wzorowymi rodzicami. Zadbaliśmy o naszą latorośl i jej przyszłość. Bo przecież bez lekcji pianina, plastyki, judo, szachów, angielskiego, hiszpańskiego i tysiąca innych, nasze dziecko nie będzie miało żadnej przyszłości! Trzeba z dzieckiem lekcje odrabiać, a najlepiej za nie, żeby dostało piątkę, a najlepiej szóstkę. Pani nie zauważy, a dobre oceny to lepsza szkoła, lepsze studia, lepszy start…  I odrabiamy lekcje do nocy zaraz po ugotowaniu obiadu na jutro, wstawieniu prania i prasowaniu.

I kanapeczki do szkoły trzeba, codziennie ze świeżych bułeczek. Wczorajszych biedactwo nie zje i będzie cały dzień głodne chodziło. Wstaniemy godzinkę wcześniej, pobiegniemy do piekarni, a potem zrobimy pyszne, zdrowe kanapki z milionem zdrowych składników.

I tak oto nasz oddech ulgi, że wakacje się skończyły, zamienia się w zadyszkę. Zabiegani zestresowani, że  się spóźnimy na dodatkowe zajęcia, że zaspaliśmy po bułeczki, że lekcje nie odrobione, a tu projekt dodatkowy dziecię ma na jutro. Padamy na buzię i klniemy na czym świat stoi, że życie jest ciężkie, a pociecha niewdzięczna. Nie chce pomóc nam w lekcjach, do pianina nie siada, stroju z judo zapomniała, kanapki w tornistrze przez tydzień by nosiła, gdybyśmy ich nie wyjęli i ciągle marudzi i w ten telefon tylko patrzy.

Więc może trochę odpuśćmy. Pozwólmy dziecku odrabiać lekcje samemu. Naprawdę sobie poradzi. Ok, zapytajmy czy lekcje odrobione, przypilnujmy by je odrobiło, pochwalmy za postępy, pomóżmy, gdy nie rozumie.

Zajęcia dodatkowe i owszem, ale nie dajmy się zwariować. Zapytajmy dziecko, co by chciało robić i jeśli nas stać, zapiszmy je na coś, by mogło rozwijać swoje zainteresowania, ale nie na wszystko, co my uważamy za słuszne i pożyteczne.

I te bułeczki nieszczęsne, zabierające nam godzinę cennego snu. Czy na prawdę muszą być dzisiejsze?

Nie jestem ideałem. Sama wpadłam w kilka z powyższych pułapek. Jednak przez lata „chodzenia” do szkoły z dziećmi doszłam do wniosku, że naprawdę warto odpuścić. Nie musimy być idealnymi rodzicami. Nasze dzieci nie muszą chodzić na wszystko co się da. Wystarczy jakaś jedna aktywność, a jak nie chcą, to wcale. Przyjdzie czas, że znajdą swoją drogę.  Lekcje odrobią same, będą bardziej odpowiedzialne i samodzielne. A nasz sen jest ważniejszy od świeżych bułek.

Wyspani, niezagonieni rodzice to, wydaje mi się, najcenniejsze co może dostać dziecko. Taki rodzic ma zdrowie,  cierpliwość i czas by z dzieckiem porozmawiać, wysłuchać, pobyć razem.

Do niektórych wniosków doszłam dopiero niedawno i dla tego chciałam Wam o tym napisać, żebyście mieli czas przemyśleć i może zacząć ten Nowy Rok inaczej? Oczywiście niekoniecznie. Bo każdy ma prawo robić to co uważa za dobre i słuszne.

Tak, czy inaczej, życzmy sobie Szczęśliwego Nowego Roku!

Poruszył Cię ten wpis? Skomentuj, udostępnij, polub. Będę wdzięczna za każdą Twoją reakcję.
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Komentarze

  • Avatar Monika Szyc pisze:

    Ja jeden z takich podobnych memów dodałam na swój fanpage i szybko tego pożałowałam. Wcale tak słodko nie jest, jak się wydaje. Pierwszego dnia w szkole to wszystkie mamuśki popłakiwały sobie. Pierwszy tydzień to dla rodziców ogromnie był ciężki.

    U mnie w Niemczech moda jest na piłkę nożną. WSZYSTKIE chłopaki są na nią zapisane i przeszło mi przez myśl, że fajnie byłoby syna tam mojego zapisać. Przecież to takie fajne teraz. Po głębszym zastanowieniu się zaczęłam syna obserwować i wcale go to nie interesuje. Powiedziałam sobie zatem: po co mam to zrobić, na siłę?

    Gdzieś niedawno przeczytałam (nie pamiętam już gdzie), że pewna nauczycielka po zapytaniu się przez rodzica, na jakie dodatkowe lekcje zapisać dziecko, odpowiedziała: „proszę wygospodarować czas i raz w tygodniu upiec z dzieckiem ciasteczka, a tatuś niech z nim majsterkuje. (jakoś tak to szło). Zgadzam się z tym, bo żadne dodatkowe lekcje nie oddadzą dziecku wspólnie spędzonego czasu z rodzicami.

    Pozdrawiam Cię!

    • Dziękuję Moniko,
      Za fajny i przemyślany komentarz. Dokładnie oto mi chodziło. Ja też pamiętam taką rozmowę w gronie koleżanek, po tym jak przyniosłam na imprezę pierogi zrobione wspólnie z córkami. Komentarz był taki, że lepienie pierogów to strata czasu. Lepiej zawieźć dziecko na coś pożytecznego albo przynajmniej iść z dzieckiem do kina. I nawet nie wchodziłam za mocno w dyskusję, bo jak wytłumaczyć takiej mamie, że ani w kinie, ani na zajęciach dodatkowych z dzieckiem nie pogada. No, zgoda . Po kinie można porozmawiać o filmie, albo na temat wywołany przez film. Tylko czy te mamy tak rozmawiały? Znając je – nie sądzę. Ale nie mnie kogoś zmieniać. Każdy ma prawo do swojego zdania i robienia jak uważa za słuszne.
      Ja jako patologiczna matka (w oczach niektórych znajomych), nie odrabiam lekcji za dzieci, ani nawet z dziećmi, nie robię im kanapek do szkoły (jak były małe robiłam, ale szybko je nauczyłam że mają je robić same), nie chodzę do nauczycieli prosić o oceny i pozwalam dzieciom na bardzo dużo, z jednoczesnym prawem do ponoszenia konsekwencji tego „bardzo dużo”. Mam nadzieję, że dzięki temu poradzą sobie w życiu. A nasze rozmowy i BYCIE RAZEM, choć nie za częste, są dla nas bezcenne i prawdziwe.

      • Avatar Monika Szyc pisze:

        O tych kanapkach to dałaś mi teraz do myślenia. Będę sama musiała za jakiś czas odciąć pępowinę, bo znając siebie, sama bym za dzieci wszystko robiła. Jednak racja! Ponoszenie konsekwencji to dla dzieci cenna lekcja, którą żaden rodzic przez swą nadopiekuńczość nie nauczy dzieci.
        SERDECZNIE Cię pozdrawiam i ściskam!

        • Wiesz to nie tylko moje doświadczenia ale też obserwacja moich koleżanek i ich dzieci. Na prawdę warto pozwolić dzieciom na samodzielność. One się uczą a my mamy więcej sił na rzeczy ważne. Trzymam kciuki za twoje postanowienia:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Aby skomentować musisz podać Imię lub pseudonim oraz Swój adres e-mail. Dane te są przetwarzane tylko w celu publikacji komantarza i nie będziesz otrzymywać jakiejkolwiek korespondencji reklamowej. Masz prawo do usunięcia komentarzy i danych w każdej chwili. Więcej na temat warunków komentowania znajdziesz w Polityka prywatności.

Niestety wykluczyłam ze względu na spam, możliwość wstawiania linków w komentarzach. Chcesz dodać adres Swojej strony, zrób to w polu "Witryna Internetowa", Twój komentarz w tym przypadku zostanie dodany po weryfikacji. Komentarze z linkami w treści zostaną automatycznie usunięte.