Czytasz teraz
My po dwóch tygodniach akcji „Zostań w domu”

My po dwóch tygodniach akcji „Zostań w domu”

Kasia Potargana

Mijają, a może minęły (?) dwa tygodnie akcji „Zostań w domu”. Nie wiem dokładnie, bo dni powoli zaczynają się mieszać, a czas przestaje mieć jakieś większe znaczenie. Mam to szczęście, że jeszcze pracuję. Coraz bardziej doceniam ten fakt.

Na razie jeszcze wszyscy żyjemy i się nie pozabijaliśmy.

Jesteśmy w tej dobrej sytuacji, że mieszkamy w domu, mamy ogród, mamy pracę, choć teraz zdalną. Jest gdzie się schować, gdzie wyjść, zająć głowę i się wyalienować. Ale wiem, że w niektórych domach już tak fajnie nie jest.

Moja przyjaciółka poprosiła mnie

wręcz, abym napisała, jak ciężko jest wytrzymać z rodziną, gdy jest się na siebie skazanym 24 h na dobę. Ona na szczęście mówiła to pół żartem. Temperamentna z niej kobieta, więc i amplituda reakcji jest szeroka.

Są jednak domy, z których ludzie uciekali do pracy od problemów, od własnych demonów, od znienawidzonego męża, od chorego nieuleczalnie dziecka, by znaleźć odmianę i wytchnienie. Tymczasem stop. Siedź w domu. W skrajnych przypadkach na pewno trzeba się ratować, nie bać się dzwonić na telefon zaufania, czy policję, uciekać. Tylko czasem nie ma dokąd… Tym osobom współczuję chyba najbardziej. Nie znajduję słów na pociechę i mam nadzieję, że dla nich też wszystko dobrze się skończy.

Cierpią osoby aktywne, które raptem musiały wyhamować. Dla nich (dla mnie) to jak zderzenie rozpędzonej ciężarówki ze ścianą. Wykaraskać się, wylizać rany, nie jest łatwo. Aktywność jest jak nałóg. Nie ważne, czy zawodowa, czy ruchowa, czy towarzyska. Pozbawieni jej „aktywiści” czują się jak ryba wyjęta z wody. Niektórzy uczą się na nowo żyć, inni szukają zamienników. Wszyscy odczuwają ogromny stres.

Większość z nas martwi się o pracę, czy ta praca będzie, czy będziemy w stanie utrzymać rodziny. Nie jest łatwo z takimi myślami…

Dzieciakom też nie jest różowo. Maluchy cierpią bez piaskownicy i huśtawki. Młodzież bez kontaktów z rówieśnikami. Okazuje się, że jednak te nasze dzieciaki nie są jeszcze tak zcybernetyzowane, jakby się nam wydawało. Nie wystarczają im kontakty przez internet. Potrzebują się spotkać, potrzebują odmiany, a są zamknięte w czterech ścianach.

I jeszcze ta szkoła. Ogromne wymagania nauczycieli, jakby ich tajną misją było wypełnić dzieciakom cały czas, by nie myślały o głupotach. Tymczasem powodują frustrację. Frustrację dzieciaków, które same sobie nie potrafią poradzić z zadaniami i ich rodziców, którzy raptem muszą wejść w rolę nauczycieli i uczniów jednocześnie, odrabiając lekcje za dzieci, lub z dziećmi. nie wspominając o brakach sprzętowych, ani możliwościach…

Ostatnio na swoim FP zadałam Moim Czytelnikom pytanie,

co zrobią w pierwszy dzień po odtrąbieniu końca zarazy. Marzenia były takie prozaiczne. Tak bardzo zaczęliśmy doceniać małe rzeczy. Wiele osób mówiło o rodzinnym obiedzie, wyjściu na spacer, spotkaniu z przyjaciółmi, pójściu do kościoła. Przyszłe mamy marzyły o porodzie w towarzystwie męża, osoby chore o spokojnym udaniu się do lekarza. Marzeniem jest wyjście do fryzjera, na paznokcie. Proste rzeczy, które na co dzień nie budzą naszych emocji.

Ktoś powiedział, że ta sytuacja nauczyła go nie odkładać marzeń na później. Ktoś inny napisał, że nauczył się większej pokory, szacunku dla naszej planety, do żywności…

Bardzo dziękuję Wszystkim, którzy zechcieli napisać. Okazuje się, że Wszyscy jesteśmy podobni, mamy podobne marzenia i potrzeby. Warto o tym pamiętać. Ten ciężki dla Nas Wszystkich czas ma też swoje dobre strony. Uczymy się pokory, szacunku do życia i jego prostych aspektów. Mam nadzieję, że gdy to wszystko się skończy, a skończy na pewno, wyjdziemy z tego doświadczenia mądrzejsi i paradoksalnie – szczęśliwsi. Będziemy cieszyć się z małych rzeczy, których do tej pory nie docenialiśmy.

No tak, to na przyszłość, a co na teraz? Jak żyć?

W tej chwili mnóstwo mądrych ludzi, psychologów, socjologów, doradza w mediach. Warto ich posłuchać, Warto poczytać o radzeniu sobie ze stresem, o tym jak najlepiej zająć się sobą. Ja też już nieco o tym pisałam. Ale chciałabym podzielić się swoimi przemyśleniami na dziś.

Żyj tu i teraz

Nie jestem psychologiem, ale mnie pomaga Życie Tu i Teraz. Staram się nie rozpamiętywać tego, co było. Było. Skończyło się. Nie ma. Staram się nie martwić o przyszłość, bo w tej chwili nie mam na nią wpływu i tak naprawdę nie wiem, co się wydarzy.

Staram się cieszyć tym, że świeci słońce, mam co jeść, jestem zdrowa, moja rodzina jest zdrowa i bezpieczna. Nikt do nas nie strzela. Mogę mówić co chcę i myśleć co chcę. Autentycznie tym się cieszę i kumuluję każdą dobrą chwilę, każdy pyszny smak, każdy cudny widok. Rozmawiam z dzieckiem, mamą, partnerem. Staram się dbać o siebie i robić rzeczy, na które do tej pory nie miałam czasu. Dzwonię do bliskich, do przyjaciół, rodziny. Mimo zamknięcia w domach, mamy naprawdę mnóstwo wolności. Korzystam z niej.

Rodzina, czy mnie wkurza? Oczywiście! Nie obywa się bez tarć. Jednak staram się pilnować, aby nie powiedzieć o jedno słowo za dużo. Staram się widzieć w nich człowieka, który przeżywa to co ja. Biorę oddech, odchodzę, czekam aż mi przejdzie.

Trzymaj się Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku. Nic nie trwa wiecznie. Kochaj siebie, szanuj ludzi wokół. Dbaj o siebie i rodzinę. Będzie dobrze. Musi.

P.S. Telefony zaufania, tak na wszelki wypadek:

Kryzysowy Telefon Zaufania – wsparcie psychologiczne

116 123 

Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży

116 111

Całodobowy telefon interwencyjny dla kobiet ofiar przemocy
 
600 070 717

Niebieska Linia

800 120 002

Subscribe
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Magda

Staram się widzieć pozytyw w obecnej sytuacji, wykorzystuję czas na nadrobienie zaległości w czytaniu książek i nauce hiszpańskiego, dziękuję za istnienie komunikatów, które ułatwiają kontakt, ale jednocześnie najbardziej martwi mnie fakt, że nikt nie wie ile ten okres jeszcze potrwa, dlatego życie z dnia na dzień wydaje się bezpiecznym rozwiązaniem 🙂 pozdrawiam 🙂

Sikorkowe Pasje

Sama nie wiem co bym zrobiła po wyjściu z domu… W sumie podczas choroby też się siedzi przeważnie w domu, ale też choruję na prawdę rzadko – raz na dobre parę lat – tylko, że porządnie.
Nasza sytuacja jest taka, że oboje nadal pracujemy. Musimy wyjść z domu, nie mamy możliwości pracowania zdalnie. Ciągle spotykamy się z ludźmi, w mniejszym lub większym gronie – chociaż powoli ograniczonym w ilości.
Mamy też ogródek, więc jest wygoda aby usiąść na ławce, pospacerować na powietrzu.

Co przyniesie przyszłość – tego nie wiemy.
Zdrówka!


© 2018-2019 Myśli Potarganej - Wszelkie prawa zastrzeżone.
Obsługa techniczna - TwojeCentrum.pl

W górę
4
0
Napisz coś od Siebiex
()
x