Kiedy sięgnęłam po „Miłość mojego (nie)życia” Kirsty Greenwood, spodziewałam się lekkiego romansu z nutką humoru i odrobiną absurdu. Dostałam to wszystko – i jeszcze coś więcej. Bo ta z pozoru niepozorna, trochę zwariowana historia o dziewczynie, która… umiera, a potem dostaje drugą szansę, okazała się zaskakująco głęboką opowieścią o życiu w pełni, mimo strachu, niepewności i wewnętrznych ograniczeń.
Delphie, główna bohaterka, jest trochę taką z nas – ostrożną, ułożoną, nieco pogubioną, z listą rzeczy, których nigdy nie zrobiła, bo zawsze coś: nie było czasu, odwagi albo „to nie wypada”. Dopiero po śmierci – tak, śmierci! – odkrywa, że istniała tylko na pół gwizdka. I kiedy los (a raczej biurokracja zaświatów) daje jej drugą szansę, by odzyskać mężczyznę, z którym połączyło ją coś wyjątkowego, Delphie zaczyna naprawdę żyć. Po raz pierwszy.
I choć fabularnie to wszystko może brzmieć lekko niedorzecznie (niezłe kombo: duchy, romantyczna misja i deadline 10 dni), to emocjonalnie ta książka trafia dokładnie tam, gdzie powinna. Pokazuje, jak bardzo marnujemy życie, czekając na „lepszy moment”. Jak często nie tańczymy w deszczu, bo boimy się przemoknąć. Jak odkładamy szczęście na później, które przecież może nigdy nie nadejść.
Ta historia przypomina również, że miłość i bliskość mają wiele twarzy, i często pojawiają się tam, gdzie się ich najmniej spodziewamy. Autorka z czułością pokazuje, że każdy człowiek, nawet ten z pozoru nieistotny czy przypadkowy, może odegrać w naszym życiu ważną rolę. Sąsiad, przypadkowy towarzysz podróży, współpracownik – każdy z nich niesie ze sobą opowieść. I warto czasem zatrzymać się na chwilę, spojrzeć głębiej, otworzyć się na inność i odłożyć oceny. Bo dopiero wtedy jesteśmy w stanie dostrzec to, co naprawdę wartościowe.
W świecie, gdzie wszyscy się mijamy – „Miłość mojego (nie)życia” przypomina, że warto ludzi dostrzegać, a nie tylko widzieć. Że każda relacja, nawet ta niespodziewana, może nas czegoś nauczyć, coś w nas uzdrowić. I że największe cuda dzieją się wtedy, gdy jesteśmy ciekawi drugiego człowieka – z jego dziwactwami, niepokojami i niedoskonałościami.
Nie oczekuj wielkiej literatury ani filozoficznych głębi. To nie ten typ. Ale jeśli szukasz książki, która między jednym wybuchem śmiechu a drugim, sprawi, że spojrzysz na swoje życie z czułością i pytaniem „czy naprawdę żyję, czy tylko istnieję?” – „Miłość mojego (nie)życia” może być dokładnie tym, czego teraz potrzebujesz.
I może po jej przeczytaniu: – zatańczysz na środku kuchni,
– przytulisz sąsiadkę,
– zrobisz coś głupiego,
– albo po prostu spojrzysz na drugiego człowieka z większą ciekawością i akceptacją.
Bo jak mówi Delphie – czasem trzeba umrzeć, żeby zacząć żyć. Ale Ty możesz zacząć już dziś.
Jeśli dotrwałaś do końca tej recenzji, to znaczy, że coś w niej z Tobą zarezonowało – może to było jedno zdanie, może cała historia Delphie, a może po prostu to ciche przypomnienie, że życie mamy tylko jedno. I dlatego teraz chciałabym Cię zaprosić do krótkiej refleksji… i rozmowy. Czy zdarzyło Ci się kiedyś odkryć coś ważnego dzięki książce, która wydawała się tylko lekką rozrywką? A może „Miłość mojego (nie)życia” już jest na Twojej liście i ta recenzja pomogła Ci spojrzeć na nią inaczej?
Podziel się ze mną swoimi przemyśleniami w komentarzu – czy była w Twoim życiu chwila, która sprawiła, że spojrzałaś na codzienność z większą czułością? Czy doświadczyłaś takiego „pierwszego razu”, który zmienił więcej, niż się spodziewałaś?
Możesz też napisać o kimś, kogo niedawno naprawdę dostrzegłaś – może to był sąsiad, ekspedientka, a może zupełnie nieznajoma osoba?
Twoje słowa mogą zainspirować inne kobiety. Bo przecież w takich spotkaniach – i tych w książkach, i tych w komentarzach – kryje się prawdziwa magia. 💛
Czekam na Ciebie pod wpisem.

