Sierpień ma w sobie coś szczególnego. To taki miesiąc, w którym nagle czujesz, że zegar tyka szybciej. Jeszcze chwilę temu było dopiero po wakacyjnej majówce, w czerwcu cieszyłaś się pierwszymi truskawkami, w lipcu myślałaś „och, całe lato jeszcze przede mną”, a tu nagle – bach! – połowa wakacji minęła, a Ty wciąż masz w głowie listę rzeczy „do zrobienia” tego lata. I teraz wszystko trzeba zmieścić w 31 sierpniowych dni, które przemykają jak piasek przez palce.
To właśnie nazywam sierpniowym syndromem ostatniej szansy. Objawia się nagłym przypływem energii, niepokojem w sercu i absurdalną chęcią nadrobienia wszystkiego, czego się nie zrobiło od czerwca. Wtedy w twojej głowie rodzi się plan – ambitny, momentami wręcz heroiczny – żeby „zrobić lato” tak, jakbym brała udział w zawodach.
Lista, która zawsze Cię przerasta
Co roku wygląda podobnie.
Po pierwsze: opalanie. Ale nie byle jakie! Chcesz wyglądać „muśnięta słońcem”, bez czerwonego nosa i śladów po ramiączkach. Problem w tym, że sierpniowe słońce jest zdradliwe – niby przyjemne, a jednak potrafi spiec człowieka na rakowoczerwono w godzinę.
Po drugie: lody. Wydaje Ci się, że to absolutny obowiązek – spróbować wszystkich smaków w każdej budce w promieniu 20 kilometrów. Teoretycznie w lipcu też były lody, ale w sierpniu to już zupełnie inny smak – bo je się je z myślą, że to „ostatnie lody tego lata”. Oczywiście to nieprawda, ale człowiek wmawia to sobie, żeby mieć pretekst do jeszcze jednej porcji.
Po trzecie: zachody słońca. Minimum jeden z lampką wina i chmurami wyglądającymi jak wata cukrowa. Najlepiej nad wodą. I z odpowiednim podkładem muzycznym w tle – nawet jeśli odtwarzacz w telefonie przypadkiem włączy mi reklamę proszku do prania między balladami.
Po czwarte: aktywność sportowa. Nie, nie zaczynasz nagle biegać maratonów. To raczej udawanie, że grasz w badmintona (czytaj: biegam za lotką w klapkach, a rakietka jest tylko do ozdoby). Albo rowerowe wyprawy, które w tmoim wydaniu kończą się w najbliższej kawiarni.
Po piąte: dowód, że byłaś nad wodą. Zdjęcie stóp w jeziorze to punkt obowiązkowy – najlepiej z filtrem „retro lato 1998”. Taki symboliczne „odhaczenie” lata, które kiedyś przeżywało się zupełnie inaczej, a dziś trzeba utrwalić, żeby pamiętać.
Dramaty sierpniowe
To też miesiąc, w którym ujawniają się pewne „dramaty”.
Po pierwsze – sukienki z zeszłego roku. Absolutnie wszystkie się skurczyły. Najpewniej w szafie. Bo przecież nie twoja wina, że nie wchodzą…
Po drugie – romantyczne wieczory nad jeziorem. W planach wygląda to jak scena z filmu – Ty, on, zachód słońca i cisza. W praktyce? Ty, on, zachód słońca i armia komarów, które uznają Cię za darmową kolację.
Po trzecie – nauka pływania kraulem. Od pięciu lat mówisz sobie, że w tym sezonie się nauczysz. I od pięciu lat przesuwasz to na przyszły rok. Ale w sierpniu jeszcze łudisz się, że „może zdążysz”.
Po czwarte – lista książek na wakacje. Nietknięta. No, może pierwsze 20 stron jednej z nich. Ale za to masz świetny stos książek „na jesień”!
Dlaczego to jest piękne
Mogłabyś się irytować, że nie zrealizowałaś połowy swoich letnich planów. Ale w sierpniu odkrywasz, że w tym właśnie tkwi magia – w tym, że lato nigdy nie jest idealne. Że zamiast perfekcyjnego harmonogramu dostajęsz mieszaninę zapachu malin, śmiechu z przyjaciółką na tarasie, mokrych włosów po kąpieli w jeziorze i piegów, które pojawiły się znienacka.
W sierpniu życie zwalnia, ale serce przyspiesza. Chcesz więcej cieszyć się drobiazgami – porannym zapachem kawy, ciepłym wiatrem na ramionach, tym, że wciąż możesz chodzić boso po trawie. Nawet jeśli wiesz, że za chwilę zacznie się wrześniowy pośpiech.
Twoja sierpniowa lekcja
Każdy sierpień uczy nas, że lato nie kończy się w kalendarzu. Kończy się wtedy, kiedy przestajemy dawać sobie prawo do małych wakacji w głowie. Można wpaść w wir obowiązków już w połowie miesiąca – albo przeciągnąć ten letni stan ducha do października. To zależy tylko od nas.
Dlatego jeśli tego sierpnia nie uda Ci się zrobić wszystkiego, co zaplanowałaś – trudno. Może zamiast listy „muszę” wystarczy lista „chcę”? Może warto porzucić perfekcję i po prostu złapać te chwile, które się zdarzają same: spontaniczny grill u znajomych, piknik na kocu w parku, czy popołudnie spędzone na lekturze w cieniu drzewa (nawet jeśli ta lektura to kolorowy magazyn).
Sierpień jest jak ostatnie kawałki ciasta na talerzu. Możesz zjeść powoli, delektując się każdym kęsem, albo pochłonąć szybko, bo boisz się, że ktoś inny sprzątnie go sprzed nosa. Ja w tym roku wybieram delektowanie się – nawet jeśli oznacza to, że część „wielkiego planu” pójdzie w zapomnienie.
💬 A Ty? Co masz na swojej sierpniowej liście „ostatniej szansy”?

