Kasia Witkowska o swoich działaniach dla dzieci w Nepalu

Kasia Witkowska opowiada nam o działaniach swoich i swoich przyjaciół dla dzieci w Nepalu. To już druga część wywiadu z cyklu Zwyczajne Niezwyczajne, w którym ta kobieta o wielkim sercu zaprasza Was w podróż, która odkryje przed Wami ten daleki kraj z zupełnie innej, nieznanej, nieturystycznej strony. I mam nadzieję, poruszy wasze serducha na tyle, że zechcecie jej w tych działaniach pomóc.

MP: W poprzedniej naszej rozmowie mówiłaś, że znajdują się dobrzy ludzie, którzy chętnie dołączają do waszej akcji. Jak to robicie?

Historia Samira

KW: Wiesz co? Nie wiem. Ale opowiem Ci historię pewnego chłopca, abyś zrozumiała jak to jest. Nauczyciel w szkole, o której Ci już mówiłam, miał w klasie ucznia o imieniu Samir, który był bardzo chory. Miał słabe kości. Mieszkał z niewidzącą babcią i dziadkiem. Oboje byli starzy i niedołężni. Ojciec chłopca zginął w górach, a matka była chora psychicznie. Nie miał kto zająć się tym dzieckiem. Zorganizowaliśmy zrzutkę na szpital i nauczyciel poszedł z nim do szpitala. Z tym, że „poszedł” musisz zrozumieć dosłownie, bo szli do tego szpitala kilka dni.

MP: Jak to „szli”? Nie mogli pojechać?

Nie. Te wioski i szkoły w nich, położone są wysoko w górach. Do wielu z nich można dojechać tylko terenowym samochodem. Jednak i takich nie ma tam zbyt wiele, a jak już są, to ich użytkowanie jest tak drogie, że większości ludności na to nie stać. Odległości mierzy się tutaj w godzinach i dniach drogi pieszo. Dyrektor tamtejszej szkoły idzie do pracy każdego dnia 2 godziny. Do lekarza, do sklepu – wszędzie musisz dojść na własnych nogach, a odległości nie są małe, no i jak to w górach idziesz pod górkę i z górki.te

Wracając do tego chłopca. Nauczyciel poszedł z nim do szpitala. Zrobili chłopcu RTG ale nauczyciel nie ufał tamtejszym lekarzem. Robił więc zdjęcia tych zdjęć RTG telefonem i wysyłał do nas, a my w Polsce pokazywaliśmy je lekarzom.

Wysłaliśmy też temu nauczycielowi 100$ dla Samira, aby go trochę okupił.Wziął te 100$ i znów poszedł. Tym razem do sklepu. Nie było go dwa dni. Za te jedyne 100$ kupił małemu ubrania spodnie, rękawiczki, czapkę, skarpetki), kurtkę dla dziadka, bo marzł, szal dla babci. Starczyło jeszcze na dwa worki ryżu, kilka woreczków soczewicy i mydło.

Polska mama dla Samira

Opowiedziałam tę historię znajomej. A ona mówi, wiesz co? Ja go adoptuję. I „adoptowała” go. Oczywiście nie prawnie, tylko wirtualnie. Zobowiązała się płacić co miesiąc na jego utrzymanie i tego zobowiązania dotrzymuje. Tak znajdujemy ludzi…

MP: To niesamowite. Macie wieści, jak teraz się ma ten chłopiec?

KW: To nie koniec historii. Uknuliśmy z nauczycielem Samira, że trzeba posłać go do szkoły z internatem, bo u dziadków nie miał warunków do rozwoju. Za 100 $ miesięcznie chłopiec ma szkołę, internat i wyżywienie. Było też bardzo duże wpisowe. Nie wiedzieliśmy dlaczego. Aż do momentu, gdy nauczyciel poszedł z Samirem do szkoły. Okazało się, że w pokoju są gołe ściany i cały pokój trzeba dopiero urządzić…

Teraz Samir ma już kolegów, zaczyna się otwierać, dobrze się uczy. Zobaczyłam też wreszcie uśmiech na jego twarzy. Skąd się wziął? Kupiliśmy mu pierwszą w życiu zabawkę – samochód zdalnie sterowany.

MP: Jak Cię słucham, to mam wrażenie, że mówisz o jakiejś przeszłej epoce. To niemożliwe w naszych czasach.

KW: A jednak

Laptopy potrzebują internetu

MP: Wspominałaś wcześniej, że zorganizowaliście tamtejszym szkołom laptopy. Czyli internet mają?

KW: Ha no widzisz. I tu jest pies pogrzebany. Podczas kolejnej wyprawy zawieźliśmy do Chyamche pięć laptopów. Podziękowali, zrobili piękny program artystyczny, po czym nauczyciel powiedział, że nie mają internetu. Internet jest, ale w hostelach, które bez tego nie miałyby gości. No ale one na tym zarabiają. Jednakże szkoły nie żyją z turystów… O my jełopy! O takiej oczywistości nie pomyśleliśmy. Założyliśmy im więc internet radiowy i zobowiązaliśmy się płacić abonament.

MP: Musi być bardzo drogi. Jak dajecie radę?

KW: A widzisz nie. Tyle co u nas. Około 20$. Tylko, że dla nas to jest jedyne 20$, a dla nich to jest aż 20$. Nauczyciel zarabia tam 80$ miesięcznie, więc łatwo sobie to policzyć.

MP: Ten nauczyciel to niesamowity facet?

KW: Tak, dlatego bardzo się wystraszyliśmy i zmartwiliśmy, gdy okazało się, że nasz nauczyciel może stracić pracę. Skończył mu się kontrakt i pieniądze na jego wypłaty. Pomyśleliśmy, że trzeba mu pomóc i sami go zatrudniliśmy, by nadal uczył dzieci angielskiego i informatyki w tej szkole. To nie są duże pieniądze – 150$ miesięcznie za pracę na dwa etaty, ale dla nas to jest już poważne zobowiązanie. Do tej pory robiliśmy jednorazowe akcje – zrzutki na konkretne zakupy. Teraz odpowiadamy za życie i rodzinę tego człowieka. Ale znów dobrzy ludzie się znaleźli. Jeden ze znajomych wziął na siebie pensję nauczyciela i co miesiąc mu ją wysyła.

Buty dla dzieci uratują szkołę w Chyamche?

Jest to maleńka szkoła, która w każdej chwili może paść, ponieważ rząd planuje łączyć szkoły i zbierać dzieci w jednym większym miejscu. Ale wtedy te nasze dzieci z Chyamche musiałyby mieszkać w internacie z dala od rodzin. Kupiliśmy szkole buty dla dzieci. Dzięki temu dyrektor ma nadzieję, że przyciągnie dzieci do swojej szkoły i rząd jej nie rozparceluje.

Inne działania w Nepalu

MP: Jakie jeszcze akcje macie za sobą?

KW: Oj dużo tego było. Wiesz to są na prawdę biedni ludzie. Ale też bardzo porządni. Kiedyś wysłaliśmy im na coś pieniądze i zostało im 100$. Zebrali się całą wioską na naradę co tu zrobić z taką dużą sumą pieniędzy. Uradzili, że kupią najbiedniejszym dzieciom tornistry do szkoły. Jak uradzili, tak zrobili. Jednak pozostałym dzieciom, w sumie też biednym, było bardzo smutno. I znów opowiedziałam o tym pewnej znajomej. A ona na to: „wiesz to ja kupię dla pozostałych dzieci te plecaki”, na co ja „ale to jest 50 dzieci”, a moja znajoma:” nie szkodzi” i kupiła. Nepalczycy wyhaftowali na nich nasze logo w dowód wdzięczności.Takie chwile strasznie wzruszają.

MP: Pomagacie tylko tej jednej szkole?

KW: Nie, nie. W sumie pomagamy trzem szkołom: Bragha, Chyamche, Samdo i rodzinie zastępczej wychowującej 15 dzieci w Katmandu. Ta rodzina to też są niemożliwi ludzie. Nie mieli gdzie mieszkać, więc budują teraz dom zupełnie bez pieniędzy, ale się modlą i wierzą, że się uda.

Szkoła dla dzieci w Samdo

Szkoła w Samdo, to szkoła położona blisko przełęczy, która jest na wysokości ponad 5100 m.n.pm. Z Samdo jest 3-4 godziny drogi pieszo do granicy z Tybetem. Niestety nie można jej przejść ponieważ jest ostrzeliwana przez Chińczyków. Chyba mają ustawione jakie automaty z czujnikami ruch, które strzelają, jak tylko wyczują ruch.

Bardzo trudno tam dotrzeć i trudno się wydostać. Do najbliższej przejezdnej drogi trzeba iść osiem dni. Kiedyś nie mieliśmy z nimi kontaktu przez całą zimę, ponieważ zepsuła im się lokalna rozdzielnia prądu i nie mieli energii elektrycznej przez ten czas.

Życie w Samdo jest szczególnie ciężkie. Potrzebują wszystkiego. Najbardziej jedzenia. Chcemy im kupić jakieś ciastka pakowane tak, by dzieci chociaż w w szkole miały jakikolwiek posiłek. Ciastka, ponieważ w miarę łatwo je tam przetransportować, a potem przechować.

Chciałabym wybudować dom

MP: I na koniec: jak myślisz o tym wszystkim, to jakie jest twoje największe marzenie?

KW: Chciałabym wybudować nauczycielowi z Chaymche dom. Widzisz, zawsze odbierałam nauczyciela, jako szychę na tle tej społeczności. Zawsze porządnie ubrany i na „stanowisku”. Aż do dnia gdy zaprosił nas do swojego domu. Nie wierzyłam własnym oczom. Nawet dom Samira był lepszy, bo chociaż częściowo z kamienia. Ściany z blachy falistej, zamiast podłogi klepisko. Na środku gliniane palenisko. Nauczyciel był bardzo dumny i szczęśliwy, ponieważ kupił jednopalnikową kuchenkę na butlę gazową, żonie, gdy była w ciąży. Mebli nie było. Jedynie maty na klepisku i torby na zakupy jak z Ikei w roli szaf. Mieszka w nim z żoną i maleńkim dzieckiem. Tyle robi dla innych. Jest szalenie otwarty i gościnny. Po prostu dobry. A sam żyje bardzo skromnie.

MP: Dziękuję Kasiu za rozmowę i życzę Ci, aby to marzenie się spełniło

KW: Dziękuję


Moja droga. Teraz już wiesz, jak Kasia i jej przyjaciele ze Sky Tatra Team działają na rzecz dzieci w Nepalu i sama możesz ocenić, czy jesteś w stanie im pomóc – mam wielką nadzieję, że tak.

Jeśli jednak nie masz pomysłu jak to zrobić, podpowiadam:

  • Jeśli wybierasz się na trekking do Tybetu, możesz odwiedzić „nasze” szkoły i zanieść dla tamtejszych dzieci potrzebne rzeczy. Samdo jest na trasie trekingu wokół Manaslu, a Chyamche na początku najbardziej popularnego trekingu w Nepalu – wokół Annapurny.
  • Wpłać dowolną kwotę poprzez pomagam.pl/szkolywchmurach
  • Skontaktuj się z Kasią i spytaj jak pomóc
  • Udostępnij ten post i daj szansę komuś, kto ma możliwości pomóc

NEPAL – Never Ending Peace And Love

Zdjęcia: Gabrysia Łasek, Bartosz Dobrowolski, Kasia Witkowska

Poruszył Cię ten wpis? Skomentuj, udostępnij, polub. Będę wdzięczna za każdą Twoją reakcję.
  • 82
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    82
    Udostępnienia

5
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Efkakonefka
Gość

Pelen podziw dla takich ludzi 🙂

Kasia
Gość

O kurczaki, niesamowita historia. Bardzi cenię sobie takich ludzi, jak tytułowa bohaterka.

Edyta
Gość

💙💙💙